blómi to płyta, w której Susanne Sundfør rezygnuje z łatwych skrótów i buduje emocje powoli, ale bardzo precyzyjnie. To album o rozkwicie, macierzyństwie, pamięci i przekazywaniu wrażliwości dalej, a przy tym o brzmieniu, które łączy folk, ambient, art pop i momentami niemal gospelową ekspresję. Jeśli chcesz zrozumieć, dlaczego ta premiera została odebrana jako jeden z ciekawszych ruchów w jej dyskografii, warto rozebrać ją na części: od tematu, przez produkcję, po najważniejsze utwory.
Najważniejsze fakty o albumie Susanne Sundfør
- Premiera: 28 kwietnia 2023 roku, nakładem Bella Union.
- Skala: 10 utworów, spiętych w jedną, spójną opowieść zamiast przypadkowego zestawu singli.
- Temat: czułość, macierzyństwo, nadzieja i szukanie jasności w niepewnym świecie.
- Brzmienie: piano-led folk, ambientowe przestrzenie, chórki, saksofon i delikatne elementy muzyki rytualnej.
- Najlepiej działa: w całości, przez słuchawki, bez przeskakiwania po pojedynczych numerach.
- Nie jest: albumem nastawionym na szybki refren i natychmiastowy hit.
Co ten album mówi o obecnym etapie twórczości Susanne Sundfør
Ja czytam tę płytę przede wszystkim jako zapis artystki, która wie już dokładnie, gdzie jest jej siła. Sundfør nie potrzebuje tu udowadniać, że potrafi pisać przebojowe melodie albo zbudować napięcie wielką produkcją; zamiast tego prowadzi słuchacza przez bardzo osobisty materiał, w którym najważniejsze stają się czułość, pamięć i sposób patrzenia na świat. blómi to tytuł, który dobrze oddaje ten kierunek, bo mówi nie tylko o rozkwicie, ale też o czasie potrzebnym, by coś naprawdę dojrzało.
W materiałach Bella Union album jest opisywany jako list do córki i ten trop rzeczywiście trzyma całą konstrukcję w ryzach. Nie chodzi jednak o prostą, rodzinną intymność. Bardziej o próbę zapisania doświadczenia tak, żeby było użyteczne także dla kogoś, kto dopiero wchodzi w życie. To ważne, bo dzięki temu płyta nie rozpada się na prywatne notatki, tylko układa w spójną opowieść o przekazywaniu siły dalej. I właśnie dlatego następne pytanie brzmi już nie „o czym to jest”, ale „jak to właściwie brzmi?”.

Jak brzmi ta płyta i dlaczego nie jest zwykłym folkowym zwrotem
Najkrócej: to nie jest folk w wersji zachowawczej. Sundfør korzysta z instrumentów i nastrojów kojarzonych z kameralną piosenką autorską, ale układa je w bardziej przestrzenny format, bliski temu, co można nazwać ambient folk, czyli folkiem rozciągniętym w szerokie, powietrzne tło. W praktyce oznacza to dużo pianina, dużo oddechu między dźwiękami i aranżacje, które pozwalają melodiom wybrzmieć zamiast je dociskać.
- Pianino prowadzi narrację zamiast tylko ją dekorować. W tytułowym utworze to właśnie ono nadaje całości ciężar i ciepło.
- Saksofon nie jest ozdobą, tylko dodatkową warstwą emocjonalną. W tej płycie brzmi jak sygnał, że intymność może mieć też wymiar podniosły.
- Chóry i rytmiczne klaskanie wnoszą momentami energię gospel. Gospel to tradycja pieśni religijnych, ale tutaj chodzi raczej o wspólnotowy impuls niż o dosłowność.
- Fragmenty spoken word, czyli recytowane, niemal mówione partie, pełnią rolę ramy kompozycyjnej. Nie każdy odbierze je tak samo, ale to one nadają płycie formę opowieści, nie tylko zbioru piosenek.
- Brzmienie jest zmienne: od niemal kosmicznej lekkości po bardziej ziemiste, akustyczne momenty. Ta zmienność jest tu częścią planu, nie przypadkiem.
Jak zauważa The Guardian, właśnie te spoken-wordowe bookendy mogą być dla części słuchaczy najbardziej dyskusyjne, ale ja mam wrażenie, że bez nich album byłby mniej wyrazisty. One nie mają „podobać się” od pierwszej sekundy. Mają domknąć sens całej płyty i sprawić, że całość działa jak cykl, a nie składanka. Skoro to ustaliliśmy, warto przejść do konkretnych utworów, bo tam najlepiej widać, gdzie ten album naprawdę oddycha.
Najmocniejsze utwory i miejsca, w których album oddycha
Ten album nie potrzebuje jednej oczywistej „piosenki numer jeden”, ale ma kilka punktów ciężkości, do których chce się wracać. Dla mnie to właśnie one pokazują najlepiej, jak Sundfør prowadzi emocje bez przesady i bez banalizowania materiału.
- „Orð Vǫlu” otwiera płytę jak prolog. To bardziej zapowiedź świata niż pełnoprawny singiel, ale od razu ustawia ton: duchowy, skupiony i nieco odrealniony.
- „Ashera’s Song” pracuje na kontrastach. Brzmi chwilami niemal kosmicznie, a jednocześnie pozostaje zakorzeniona w pianinie i wokalu, więc nie odpływa w abstrakcję.
- „blómi”, czyli tytułowy numer, jest sercem płyty. Lush piano arrangement i saksofon robią tu dokładnie to, co powinny: wzmacniają emocję, zamiast ją przykrywać.
- „Leikara Ljóð” ma najwięcej energii i najbardziej pamiętną melodię. Zaczyna się niemal niewinnie, ale potem rośnie do formy, którą można nazwać gospelową w duchu, choć nie w prostym gatunkowym sensie.
- „Fare Thee Well” działa jak dojrzała piosenka o rozstaniu. Nie ma tu melodramatu; jest raczej spokój kogoś, kto naprawdę wie, kiedy zamknąć drzwi.
- „Alyosha” wnosi więcej światła. To jeden z tych utworów, które pokazują, że optymizm na tej płycie nie jest naiwny, tylko wypracowany.
- „Orð Hjartans” domyka całość z poczuciem kręgu, nie finału w rockowym sensie. To ważne, bo album bardziej wraca do punktu wyjścia, niż stawia kropkę z hukiem.
Jeśli ktoś oczekuje równiutkiego zestawu chwytliwych refrenów, może uznać środek płyty za mniej natychmiastowy. Ale właśnie tam buduje się jej trwałość: blómi nie poluje na szybki efekt, tylko na długie osadzanie się w pamięci. To prowadzi naturalnie do pytania, jak ten album wygląda na tle wcześniejszych wydawnictw Sundfør.
Jak blómi ustawia się obok wcześniejszych albumów
Najprościej powiedzieć, że to nie jest powrót do jej najbardziej elektronicznego oblicza, tylko dalsze rozwijanie bardziej akustycznego, introspektywnego języka. W porównaniu z wcześniejszymi płytami łatwiej zauważyć, że Sundfør coraz mocniej ufa ciszy, przestrzeni i rytmowi opowieści. Właśnie dlatego porównanie z poprzednimi albumami jest tu naprawdę pomocne.
| Album | Dominujące brzmienie | Co wnosi do obrazu artystki |
|---|---|---|
| Ten Love Songs | bardziej elektroniczny, wyraźnie popowy, z mocnym pulsem | Pokazuje jej najbardziej bezpośrednią i przebojową stronę. |
| Music for People in Trouble | folkowe, bardziej akustyczne, z wyraźnym napięciem emocjonalnym | Otwiera drogę do intymniejszego, spokojniejszego pisania. |
| blómi | ambient folk, art pop i chwilami rytualna ekspresja | Scala osobiste tematy z najbardziej dojrzałą i spójną formą. |
W tym zestawieniu najciekawsze jest dla mnie to, że blómi nie próbuje być „większe” od poprzedników. Ono jest po prostu lepiej uporządkowane wewnętrznie. To album, który wie, że nie musi wygrywać siłą, bo wygra konsekwencją. A z tego już bardzo łatwo przejść do praktyczniejszego pytania: komu taka płyta faktycznie da najwięcej.
Dla kogo ten album będzie najlepszym wyborem
Jeśli ktoś lubi płyty słuchane od początku do końca, blómi będzie bardzo dobrym wyborem. Jeśli ktoś szuka jednego natychmiastowego hitu na playlistę, może się odbić, bo to nie jest rekord zbudowany pod szybkie zużycie. W polskim kontekście powiedziałbym wprost: to album dla słuchacza alternatywy, który ceni autorską wizję bardziej niż efektowny refren.
- Dobrze zadziała u osób, które lubią art pop i folk z wyraźnym głosem autora, a nie tylko z ładną produkcją.
- Będzie trafiony dla tych, którzy cenią klimat, ale nie chcą muzyki tła bez wyraźnej treści.
- Spodoba się słuchaczom lubiącym płyty z wyczuwalnym łukiem emocjonalnym, a nie tylko zbiorem singli.
- Może nie przekonać od razu osób oczekujących większej bezpośredniości, prostszych hooków i szybszego tempa.
Ja widzę w tym wydaniu szczególną wartość właśnie w tym, że nie próbuje przypodobać się wszystkim. To płyta z charakterem, ale nie nachalna. I dlatego najwięcej zyskuje wtedy, gdy słuchacz też daje jej trochę czasu, zamiast oceniać ją po pierwszym przejściu.
Co zostaje po ostatnim utworze
blómi zostawia po sobie wrażenie albumu, który nie szuka fajerwerków, tylko sensu. To ważna różnica, bo wiele współczesnych płyt alternatywnych próbuje wygrać natychmiastową atrakcyjnością, a tutaj najcenniejsza jest cierpliwość. Po zakończeniu odsłuchu zostaje przede wszystkim obraz artystki, która umie połączyć intymność z formą, a emocję z dyscypliną.
Jeśli miałbym wskazać najlepszy sposób wejścia w ten materiał, zacząłbym od tytułowego utworu, „Leikara Ljóð” i „Fare Thee Well”. Te trzy numery najczytelniej pokazują, czym jest ten album: nie tyle kolekcją piosenek, ile przemyślaną opowieścią o czułości, stracie i odwadze budowania nadziei bez uproszczeń. I właśnie dlatego ta płyta zostaje w pamięci dłużej, niż sugeruje jej spokojna powierzchnia.