Suck It and See to płyta, która dobrze pokazuje moment przejścia Arctic Monkeys: mniej tu surowego naporu z początku kariery, więcej melodii, lekkiego jangle’u i piosenek pisanych pod refren, który zostaje w głowie na dłużej. Rozkładam ten album na czynniki pierwsze, żeby było jasne, skąd bierze się jego charakter, które utwory są najważniejsze i dlaczego do dziś wraca w rozmowach o najlepszym okresie zespołu. Jeśli lubisz alternatywny rock, ale cenisz też piosenkę jako formę, ta płyta ma sporo do powiedzenia.
Najkrótsza droga do zrozumienia tej płyty
- To czwarty album studyjny Arctic Monkeys, wydany w czerwcu 2011 roku.
- Brzmi jaśniej, bardziej melodyjnie i mniej mrocznie niż poprzedni Humbug.
- Najmocniejsze punkty to m.in. She's Thunderstorms, Piledriver Waltz, Love Is a Laserquest i That's Where You're Wrong.
- Płyta została nagrana w Sound City w Los Angeles z Jamesem Fordem i opiera się głównie na live take’ach, więc ma organiczny, zespołowy puls.
- W Wielkiej Brytanii dotarła na 1. miejsce i należy do najważniejszych albumów w katalogu Arctic Monkeys.
- Najlepiej działa jako całość, a nie tylko zbiór singli.
Czym jest ta płyta w katalogu Arctic Monkeys
Suck It and See to moment, w którym Arctic Monkeys przestali udawać, że muszą udowadniać cokolwiek samą energią. To album nagrany już po cięższym, bardziej zamglonym Humbug, ale nie jest jego prostą kontynuacją. W praktyce dostajemy zestaw 12 utworów, które są bardziej otwarte harmonicznie, bardziej romantyczne i wyraźnie mocniej oparte na melodii niż na riffowym ataku.
Ważny jest też sposób pracy nad płytą. Materiał powstawał w dużej mierze na akustyku, a finalny kształt nadano mu w Los Angeles z Jamesem Fordem, przy podejściu nastawionym na możliwie naturalne wykonanie. To słychać: ten album nie brzmi jak sterylnie sklejany produkt, tylko jak zespół, który świadomie szukał prostszej, bardziej piosenkowej formy. I właśnie to przejście najlepiej tłumaczy, dlaczego do dziś budzi tyle emocji. To prowadzi wprost do pytania, jak właściwie brzmi ta płyta.
Jak brzmi ten album i dlaczego nie jest kopią Humbug
Najkrócej: to Arctic Monkeys w wersji jaśniejszej, bardziej gitarowej i mniej przygniecionej cieniem. Zamiast ciężkich, pustynnych odwołań i dusznej atmosfery dostajemy dźwięk bardziej sprężysty, z wyraźnym jangle’em, miększym groove’em i refrenami, które nie potrzebują wielkiej produkcyjnej oprawy, żeby działać.
Nie oznacza to jednak, że płyta jest lekka do granic mdłości. Wystarczy posłuchać Don't Sit Down 'Cause I've Moved Your Chair albo Brick by Brick, żeby zobaczyć, że zespół wciąż lubił napięcie i zadziorność. Różnica polega na tym, że agresja została tu rozrzucona mądrzej. Album częściej wybiera napięcie między słodyczą a nerwem niż czysty atak. Dla mnie to jego największa zaleta, bo dzięki temu nie starzeje się jak jednowymiarowy „rockowy” dokument jednej epoki.
W praktyce słychać tu trzy rzeczy: więcej gitarowego połysku, więcej melodii wokalnych i większą pewność w budowaniu nastroju. To nie jest płyta, która musi uderzyć od pierwszych sekund. Ona raczej wciąga stopniowo, a potem zostaje na dłużej. I właśnie dlatego warto przyjrzeć się jej utworom pojedynczo.
Najważniejsze utwory, od których warto zacząć
Na tej płycie nie ma dużo zbędnych ruchów, ale kilka numerów pełni szczególną rolę. Poniżej wybieram te, które najlepiej pokazują charakter albumu i pomagają zrozumieć, dlaczego jego reputacja jest dziś mocniejsza niż w chwili premiery.
| Utwór | Co wnosi do albumu | Dlaczego jest ważny |
|---|---|---|
| She's Thunderstorms | Otwiera płytę lekko, ale pewnie, od razu ustawiając bardziej pogodny kierunek. | To świetny sygnał, że ta płyta będzie oparta na melodii, a nie tylko na ostrości. |
| Black Treacle | Łączy chwytliwy refren z gitarową miękkością. | Pokazuje, jak dobrze Arctic Monkeys potrafili pisać piosenki, które są jednocześnie proste i sprytne. |
| Don't Sit Down 'Cause I've Moved Your Chair | Dodaje albumowi nerwu i przypomina o cięższym obliczu zespołu. | To ważny kontrapunkt dla bardziej lirycznych numerów; bez niego płyta byłaby zbyt gładka. |
| Brick by Brick | Najbardziej szorstki, trochę przekorny moment na krążku, z wokalem Matta Heldersa. | Rozszerza paletę albumu i pokazuje, że zespół nie bał się humoru oraz lekkiej dekonstrukcji własnego wizerunku. |
| Piledriver Waltz | Jeden z najbardziej melancholijnych i eleganckich fragmentów. | To utwór, który świetnie spina romantyczną stronę płyty z dojrzałym pisaniem Turnera. |
| Love Is a Laserquest | Najbardziej liryczny i emocjonalny punkt środka albumu. | Pokazuje, że Arctic Monkeys umieli budować napięcie bez podnoszenia głośności. |
| That's Where You're Wrong | Domyka całość bez nadęcia, zostawiając uczucie spokoju i niedopowiedzenia. | To jeden z tych finałów, które nie krzyczą, tylko zostają pod skórą. |
Warto też pamiętać o genezie Piledriver Waltz, które wcześniej funkcjonowało w wersji związanej z projektem Submarine. Dzięki temu album zyskuje dodatkową warstwę: nie jest tylko zbiorem nowych piosenek, ale też miejscem, w którym Turner i reszta zespołu porządkują swoje melodie i przenoszą je z innego kontekstu w pełny, zespołowy format. To dobry moment, by wyjaśnić, skąd wzięły się podzielone reakcje.
Dlaczego odbiór był podzielony
Najprostsza odpowiedź brzmi: bo Arctic Monkeys zrobili płytę, która nie była ani powrotem do debiutanckiej zadziorności, ani prostym powtórzeniem cięższego Humbug. Część słuchaczy i krytyków odebrała to jako odświeżenie, inni uznali, że zespół zbyt mocno wszedł w bezpieczniejszy, bardziej klasycznie brytyjski indie rock.
To nie był też album zbudowany wokół jednego oczywistego hymnu. Singli było kilka, ale płyta nie opiera się na jednym dominującym numerze, tylko na nastroju i sekwencji utworów. Taki układ zawsze dzieli odbiór: jeśli ktoś szuka natychmiastowego kopnięcia, może poczuć niedosyt. Jeśli jednak woli płyty, które rozwijają się z każdym kolejnym kawałkiem, dostaje dużo więcej niż na pierwszy rzut ucha.
W tle był jeszcze sam tytuł, który od początku wzbudzał zamieszanie i w USA bywał traktowany dość ostrożnie. To drobiazg, ale dobrze pokazuje, że Arctic Monkeys w 2011 roku nadal mieli w sobie przekorność, tylko już nie w formie młodzieńczego chaosu, lecz świadomej gry z wizerunkiem. I właśnie na tym tle najlepiej wypada porównanie z poprzednimi i późniejszymi płytami.
Jak wypada na tle Humbug i AM
Jeśli chcesz zrozumieć miejsce tej płyty, porównanie z Humbug i AM jest prostsze niż długa teoria. Suck It and See stoi dokładnie pośrodku: łagodzi mrok poprzednika i przygotowuje grunt pod późniejszą pewność siebie zespołu.
| Album | Brzmienie | Dominujący nastrój | Dla kogo działa najlepiej |
|---|---|---|---|
| Humbug | Ciemniejsze, bardziej ciężkie, z mocniejszym cieniem Queens of the Stone Age | Duszny, nieco niepokojący | Dla osób, które lubią bardziej rockowy, mniej gładki Arctic Monkeys |
| Suck It and See | Jaśniejsze, bardziej melodyjne, z wyraźnym jangle’em i popową nośnością | Melancholijny, romantyczny, ale nadal z pazurem | Dla słuchaczy, którzy chcą albumu „piosenkowego”, ale nie banalnego |
| AM | Cięższe basy, większy groove, bardziej stadionowa pewność | Chłodny, nocny, bardziej uwodzicielski | Dla tych, którzy wolą najbardziej dopracowaną i przebojową wersję zespołu |
Moim zdaniem właśnie tutaj leży siła tej płyty: nie próbuje przeskoczyć własnego cienia jednym skokiem, tylko układa logiczny etap między eksperymentem a wielkim przebojem. Bez Suck It and See przejście do AM byłoby mniej naturalne. Z kolei bez Humbug ta zmiana nie miałaby sensu. To jedna z tych płyt, które najlepiej rozumie się dopiero wtedy, gdy patrzy się na całą dyskografię, nie tylko na pojedynczy rok. Ale samo pytanie, czy warto do niej wracać, nadal pozostaje praktyczne.
Jak słuchać tej płyty dziś, żeby naprawdę zadziałała
Jeśli miałbym polecić jedno podejście, powiedziałbym: słuchaj jej w całości i bez przeskakiwania. To nie jest album, który najlepiej broni się jako playlista singli. On pracuje rytmem, przejściami i drobnymi zmianami nastroju, więc shuffle naprawdę potrafi mu zaszkodzić.
- Zacznij od pierwszych trzech utworów, bo one od razu pokazują, że to nie jest kopia wcześniejszych płyt.
- Nie oceniaj albumu wyłącznie po singlach, bo jego najlepsze momenty często siedzą głębiej w środku tracklisty.
- Zwróć uwagę na wokalne harmonie i gitarowe detale, bo tam kryje się najwięcej uroku.
- Jeśli znasz Arctic Monkeys głównie z AM, potraktuj tę płytę jak brakujące ogniwo, a nie jak „słabszą” wersję późniejszego stylu.
Ta płyta najwięcej daje wtedy, gdy słucha się jej bez presji natychmiastowego efektu. W spokojniejszym odsłuchu wychodzi na jaw, że Arctic Monkeys zrobili tu coś trudniejszego niż kolejny zestaw ostrych gitar: zbudowali album, który wygrywa nastrojem, detalem i konsekwencją. I właśnie dlatego, nawet po latach, Suck It and See pozostaje jednym z najbardziej sensownych punktów wejścia do ich bardziej dojrzałej strony.